Chcąc mnie ochronić, zamkniesz mnie w dłoni?

fotolog o mnie proust kocham je
agnieszka fanta didi kai wróć klaudynka leshÓ mrr:* rainfall resustytacja rokoko siepka sis shhh tajszczyzna ownlog
'03: 11 12
'04: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
'05: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 11 12
'06: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 1011 12
'07: 01 02 03 04 05 06 07 08 09 10 10 12
'08: 01 02 03 04 05 06 07

28.07.2008 :: 01:12 | Link | Komentuj (1)
O mały włos straciłabym coś najważniejszego w moim życiu.
To nie tak, że było mi tak bardzo źle, że coś mi tak strasznie nie odpowiadało. Tak już mam, że żądam niemożliwego, ciągle chcę więcej, wyszukuję jakieś banalne niedopasowania. Ciągle chcę więcej, ciągle chcę idealnie. Plączę się w nudzie i przeroście ambicji, zagubieniu i niepewności. A może każdy człowiek tak ma. Jedziesz pociągiem i zamiast dziękować Bogu, że w niecałe 6 godzin możesz być w miejscu oddalonym o setki kilometrów, narzekasz na niewygodę. Jedziesz na motorze i zamiast cieszyć się chwilą, zawrotną prędkością i porywem powietrza, narzekasz na ból ud. Lecisz samolotem i zamiast zachwycać się tym, że tylko 2 godziny dzielą cię od Londynu/Paryża/Rzymu, myślisz, że szkoda, że nie stać cię na business class i drinki podawane podczas lotu, jak w tych wszystkich filmach, czy też książkach. Podobno człowiekowi zawsze mało. Idealne szczęście nie może trwać wiecznie, nie byłoby przecież wtedy szczęściem. Poezja zawsze zamienia się w prozę. Na wiedzy o literaturze było o tym, że historia literatury pokazuje, iż najczęściej poeci stają się pisarzami. Od poezji się zaczyna, weźmy chociaż moich ulubionych twórców: Sylvia Plath, Charles Bukowski... Z drugiej strony, ja zawsze wolałam prozę, przecież. I poza tym, nie ma czegoś takiego, jak parabola: proza-poezja; to raczej wygląda tak: pPRoeOZzjAa... Przykłady? Pozostańmy przy literaturze, to mi wychodzi najlepiej: Sylvia Plath, Charles Bukowski...
To nie tak, kochanie, że nie jesteś ideałem. To bardziej tak, że ja nim nie jestem. A tak bardzo chciałabym być wspaniała, wyjątkowa i stworzona do wyższych celów. Najpiękniejsza. Najbardziej namiętna. Najbardziej podziwiana. Ten tydzień uświadomił mi, że to nieprawda, że najbardziej kocha się to, co się właśnie straciło, tylko, że straty też mogą uczyć. Boleśnie, ale chyba najskuteczniej... Bo nie jestem sama na moim ambicjonalnym piedestale. Jesteś ty, jesteśmy MY, i mamy tak wiele, to się liczy najbardziej w życiu.
I żaden cynizm i żaden realizm nie mogą odebrać mi tej wiary, bo przecież magia istnieje. Odnaleźliśmy się, pamiętasz.
I siedząc koło Ciebie w kinie, kochanie, nie wyobrażam sobie nikogo innego na Twoim miejscu. Jest idealnie, bierzesz mnie za rękę, nie tylko ocieplając ochłodzone ciało, ale też serce. To ciągle Ciebie chcę widzieć obok siebie w kinie. Nie mogąc pisać do Ciebie przez tydzień, notuję sobie w notatniku to, o czym chciałabym Ci powiedzieć, pokażę Ci, chcesz? To do Ciebie ciągle chcę mówić o tym, co mnie dziwi, intryguje, cieszy i martwi. Budzę się w nocy, to Ty przyciągasz mnie do siebie i przytulasz do snu, to Ciebie ciągle chcę widzieć koło siebie w łóżku.

/I, mój Boże, ten zapach. Bardziej intrygujący niż Aqua di Gio, bardziej uderzający niż Aqua Allegoria, bardziej sensualny niż Envy i bardziej męski niż najlepszy Hermes.


01.06.2008 :: 00:27 | Link | Komentuj (2)
Mówię na to orgazm, bo wrażenia wewnętrzne są podobne. Uczucie szczęścia, uczucie, że mogę wszystko, poczucie, że jest to coś skończonego i idealnego. Idealna chwila sensu i harmonii. Tak samo, jak podczas orgazmu, uczucie lekkości i odciążenia.

Nie próbuj się zmusić; i bierz co ci dane, bądź losu panem

Tata ma nowy tuner i moja muzyka brzmi jak orgazm. Zresztą w każdych słuchawkach i we wszystkich głośnikach brzmi jak orgazm. Moja Paktofoniko, odwieczna miłości moja, dałaś mi tyle, że nigdy Cię nie opuszczę.
Tata mówi, że to sam tekst, a ja słyszę poezję z niebanalną muzyką. Boże, orgazm, Boże, dziękuję Ci, że wymyśliłeś wszelkiego typu małe życiowe orgazmy.
/Grzeszę. I czekam na swoją karmę. Podobno, nagrodą za zło jest zło.
A przyszłość? Może będę pisać? A może będę wybitną dziwką? Czyli nic nie wiem.

Na tym punkcie mam bzika, tu nic nie da polemika
08.05.2008 :: 01:14 | Link | Komentuj (1)
Spokojnie! To tylko fenyloetyloalamina.
Może ma to coś w sobie nawet z uczucia. 10 sylab. Nawet takie nieco poetyckie słowo.
Ależ jestem głupio naiwna, myśląc, że umiem sterować sobie wszystkim tak mądrze. Chętnie poznałabym panią sukowatą, w stylu Kobry z "Lejdis", na parę godzin korepetycji i wyrzucania uczuć w kąt, jak darcia niewysłanych, kipiących emocjonalnością listów. Po remoncie pokoju wyrzuciłam ich bardzo dużo, bardzo dużo przeszłości. Z niewielkim żalem chyba. Znalazłam opowiadanie sprzed dwóch lat, tragicznie egzaltowane, ale niezłe, i słodkie pamiętniki pełne miłych wspomnień. O złych nie pisałam, żeby przypadkiem ktoś nie znalazł. Nie umiem się przyznać do porażki, do dziś.
Pisałam maturę z angielskiego wczoraj raz jeszcze, więc właściwsze słowo to "poprawiałam". Zrywałyśmy z Natalią bez dziś i bosko pachnie w pokoju, kocham ten zapach... Taki orgiastyczny, mrrau.
Mnóstwo błędów popełniam, ciągle słyszę pretensje, mile byłoby w końcu porobić coś inspirującego, miły dzień dziś spędziłam mimo wszystko, nawet jestem ostatnio zadowolona ze swojego życia, MIMO jego wszelkich niedostatków i mimo melancholijnego tonu zdarzeń całkiem różnie się dziejących. Po angielsku byłoby to "varied" i jakoś lepiej pasuje, bo kojarzy mi się z wariantami, a od nadmiaru życiowych wariantów czuję się nie tyle zagubiona, ile dokładnie wiem, czego bym chciała, a te moje wyraźne pragnienia jak zwykle są poziom dalej, niż możliwości.
Wiesz.

"Gdybyś była 80% głupsza, nie myślałabyś tyle, mniej byś kombinowała i łatwiej by ci się żyło." Fajny komplement, od mężczyzny.
"Ugaś ten ogień w sobie, choć trochę", to już kobieta.
Dziwna sprawa, ale no, no nie umiem.
20.02.2008 :: 22:59 | Link | Komentuj (4)
Nie, nie zapomniałam o ownlogu. Tysiące razy zastanawiałam się, co by tu mądrego napisać, setki razy kasowałam rozpoczęte zdania. Zawsze nie to. Już-już miałam "zamknąć działalność", ale przecież obiecałam sobie, że nigdy tego nie zrobię, że ten adres będzie ze mną zawsze, bo dużo mu zawdzięczam, tych chwil do tej pory najszczęśliwszych i temu, że zawsze mogłam się tu wypłakać. I to tu były najintymniejsze myśli i najprawdziwsze prawdy; nie można skasować chyba części swojej historii. Ja w moim nieprzywykłym do zmian konserwatyzmie i przywiązaniu do części składowych mojego życia, nie byłabym w stanie opuścić tego miejsca.
A kartkę z napisem "ownlog.com", która kiedyś odmieniła moje życie, w moim nowo tworzącym się pokoju powieszę na ścianie.
Wczoraj skończyłam 20 lat. Co się zmieniło? Jakiś miesiąc temu zaczęłam dbać o cerę, kupiłam odpowiednie kosmetyki i nie wychodze z domu bez kremu z filtrem... ;) Jestem próżna, oj tak. Dziwne mieć 20 lat, czując się tak strasznie niedojrzale. Z drugiej strony, ostatnie pół roku ogromnie mnie 'udorośliło'; z trzeciej, jakby jaśniej się zrobiło w moim życiu i po raz kolejny jestem z siebie niezwykle dumna.
No, cóż jeszcze. Może o studiach: są zachwycające i fascynujące; w pełni odpowiadają moim oczekiwaniom. Mogę czytać mnóstwo, tych bardziej i mniej interesujących rzeczy, i choć ciągle nie mam czasu i choć nie robię wszystkiego na 100 procent, jak czuję, że powinnam, wreszcie nie mam poczucia marnowania czasu. Przez pół roku dowiedziałam się więcej ciekawych rzeczy niż przez wszystkie poprzednie lata edukacji razem wzięte; mimo, że pozuję na malkontentkę z powodu nadmiaru naukowych publikacji i materiału do egzaminów, nawet gdy się tego uczę i głowa mi pęka od tego kulturalnego bełkotu, jestem zadowolona. Jak nigdy wcześniej. A teraz jeszcze doszła historia sztuki, WIEDZA O LITERATURZE, historia filmu, mrrauu... Teraz, w ramach relaksu, już nie sesyjnie, czytam biografię Toulouse'a-Lautreca i znajdując tam nazwiska takich badaczy kultury jak choćby Lidia Nochlin, jestem prawdziwie zadowolona, wiedząc, co się za tym nazwiskiem kryje. Słuchając na historii sztuki o wyjazdach do Francji i Włoch, jakoś nabieram entuzjazmu. Okropną jestem kujonką, wiem; ale no lubię te studia! Ah, mimochodem dodam, że całą sesję zaliczyłam od razu. Od ręki. Bez najmniejszej poprawki. Nie uczyłam się tygodniami, nie zarywałam dni i nocy. Nie wyleciałam, indeks zdałam jako trzecia na roku. I dostanę hologram do mojej legitymacji na do końca października...:)
Spraw, Boże, bym nie rozczarowała się letnim semestrem. Dziękuję, Boże, że ten zimowy okazał się tak łaskawy. Mimo, że decyzja o pozostaniu na tych studiach, wykalkulowana najzimniejszym z zimnych porywów rozsądku, negowana przez krwawiące z boleści serce, należała do najbardziej rozpaczliwych w moim życiu.
Z postanowień naz ten rok, to mam takie, żeby mniej rozpieszczać moją kotkę, przeczytać 4 tomy Ałpatowa, pojechać do Włoch i podziwiać sztukę, zdać maturę z angielskiego, schudnąć jeszcze z 4 kg, mniej trwonić pieniądze, kupić sobie samochód i jechać na nasze pierwsze, cudowne wakacje.
Powoli, powoli wydaje mi się, że byłabym w stanie się poukładać. W grudniu na pytanie, w ilu % jestem już sobą, odpowiadałam, że bywa, że w 60; teraz czuję się sobą na 80. Zmniejszyła się liczba niepasujących puzzli. Bardziej ze sobą pogodzona; o, to na pewno.
Ave.
Ps. Na urodziny kupiłam sobie kobaltową torebkę.
26.10.2007 :: 23:48 | Link | Komentuj (3)
Ogólnie, to jestem bardzo zazdrosną osobą. W ostatnim czasie zazdroszczę: zdrowia, spokoju ducha, pewności, rozsądku, mądrych myśli, braku ambiwalencji, wyborów ułatwiających życie/odmieniających je na lepsze, odwagi do brania benzodiazepinów, mieszkania z kimś, kto naprawdę się o ciebie troszczy i dostrzega, że fajnie dziś wyglądasz. Albo wręcz przeciwnie-źle i dlaczego.
Jest mi zimno. Po pierwszym uczelnianym aerobiku miło bolą biodra. Po aerobiku miałam uczucie chyba najlepiej spełnionego zadania z całego tego tygodnia. Szukałam dziś świeżych malin na mieście, no, ale nie ma. Nawet żadne ubranie nie wzbudziło chęci wydania ciepłej wypłaty z konta.
Błędem byłoby powiedzieć, że mając kogoś, komu powiedziałam o sobie rzeczy najstraszniejsze i niezrozumiałe, jestem sama. Tak naprawdę to kto w życiu nie jest sam?


07.10.2007 :: 21:44 | Link | Komentuj (2)
Wróciłam z Wrocławia. Jest mi strasznie źle i ciężko. Myślę, że mogłabym być tam, że mogłabym częściej z tobą nocować, w sumie czemu nie codziennie?
Tu jestem taka samotna. Brak przyjaciół, nie ma nikogo z kim mogłabym pogadać. Kilka godzin wykładów, powrót-tv, koc, sen. Wiedziałam, że tak będzie.
Moje wnętrze na pozytywnie nastawione też nie wygląda:
wracając pociągiem widzę w gazecie idealną suknię ślubną dla siebie. Po prostu boska, wymarzona, TA JEDYNA. I tak mi się nigdy nie przyda, myślę. Reklama imprezy integracyjnej w środę. I tak nie mam z kim iść. Zapisuję się na dodatkowe konwersatorium, po prostu stworzone dla mnie, w pierwszej chwili aż nie mogę się doczekać semestru letniego. Wątpliwe, że w ogóle do niego dotrwam, i tak dalej, i tak dalej.
I tak bardzo czasem chcę ci to powiedzieć. Że aż nie wiem, co mnie powstrzymuje, pewnie to co zwykle, na "l" i na 3 litery. Nigdy nie mówiłam, co mi jest i czego się boję, duży błąd, teraz dostaję za swoje z nawiązką. Umiem tylko bezsilnie pytać, za co i dlaczego ja, zamiast cokolwiek z tym zrobić. Uratuj mnie, myślę z jednej strony, z drugiej: jakie ja mam prawo oczekiwać od kogokolwiek, że będzie mnie niańczył?
01.10.2007 :: 19:09 | Link | Komentuj (3)
Boję się jutra.
W sumie: czego ja się nie boję ostatnio?
Jutro pierwszy dzień na kulturoznawstwie, czyli wstęp do kulturoznawstwa, logiczna teoria języka i socjologia kultury. Plus 1 okienko. Bleh.
Mam małego czarnego kotka. Kotkę! Ma na imię Czaczi. Właśnie siedzi sobie u mnie na kolanach i raz to obserwuje klawiaturę, raz to myje sobie łapki. Moje spełnione marzenie! Moja Czaczitka.
I to byłoby na tyle.
Może jeszcze jedno.
Wiesz, że prawdziwa miłość jest wtedy, gdy można uśmiechać się do siebie z drwiną i porozumiewawczo, albo śmiać się razem, czytając głupią gazetą?
Aż nie rozumiem, dlaczego cię TAK MOCNO uwielbiam;*, może właśnie dlatego?

19.09.2007 :: 01:41 | Link | Komentuj (3)
Nie pamiętam, jak to jest mieć chłopaka i dziwnym mi się wydaje, że wraca. Radosnym, lecz dziwnym. Rozłąki to nasz chleb powszedni, jednak bywają rozstania jakoś bardziej rozłączne niż inne, jeśli wiesz, co mam na myśli. Zawsze podziwiałam swoją siłę i umiejętność takiego "zaklepywania" sobie w sercu tego, co najbardziej boli. Dla przykładu-widzieliśmy się 10 dni, 10 do granic możliwości szczęśliwych dni, w które razem spaliśmy, robiliśmy zakupy, oglądaliśmy "Klan", "Magdę M." czy karmiliśmy kota. W te dni nie pamiętałam, że gdzieś mam jakieś drugie życie, sfrustrowane codziennością i rozdrażnione tęsknotą, nielubianą szkołą, niechcianymi spotkaniami. Rozstawaliśmy się-serce pękało mi z rozpaczy (uwielbiam te infantylne, ale jakże prawdziwe określenia!), wracałam do domu, pękało jeszcze kilka godzin, po czym nic. Pustka. Bez uporczywego starania, by przypomnieć sobie jakieś miłe zdarzenie, czy słowa, które powiedział, a które wzruszały, podniecały, uszczęśliwiały etc. PUSTKA. Hibernacja? Stan chronicznej tęsknoty. Tęskni się, ale się o tym nie myśli, nie rozgrzebuje. Dziękowałam Bogu za taki stan rzeczy, inaczej nie wyobrażam sobie normalnego funkcjonowania. Ja go nawet nie musiałam pamiętać i nie pamiętałam, nie pamiętałam ani dotyku, ani zapachu, ani tego uczucia jak to jest w ogóle, kiedy jest się z nim. Pustka w mózgu, pewność w sercu. Serce pamięta dłużej i żadne zabiegi, by je oszukać, nie pomogą.
Nawet pamiętam dokładnie, kiedy zdałam sobie sprawę, że zawsze tak będzie. Te rozstania, rozłąki. Dziesiątego lutego dwa tysiące piątego roku. "-On nigdy nie będzie twój, nie płacz już!" - Wiem, ale i tak go chcę.
//Hm, co jeszcze. I tak się za szybko nie spotkamy, bo on po powrocie ma mnóstwo rzeczy do załatwienia. Nie ma cienia ironii i malkontenctwa w tym zdaniu. Ciche rozczarowanie losem, jeśli już...
Poza tym, cieszy mnie jakoś moja bliska rozłąka z wakacjami, choć pewnie za kilka dni pożałuję tych słów.


'Bo przytulanie i spanie przytulonymi. To chyba jeden z największych i najmądrzejszych aspektów świata.'

adopt your own virtual pet!
thx for ownlog